Nowy Rok zabrał nam Zosieńkę

4 stycznia 2012

      Zosieńka była z nami tylko trzy tygodnie. Drugiego stycznia stanęliśmy w obliczu dwóch dramatycznych decyzji. Pozwolić Zosieńce bezboleśnie odejść lub poddać ją skomplikowanej operacji. 

Ale od początku…

U Zosi tuż przed świętami zdiagnozowano zapalenie płuc. Natychmiast poddaliśmy ją antybiotykoterapii. Jednak objawy przekonywały mnie, że choroba postępuje. Zaraz po świętach trafiłam do kliniki cenionego we Wrocławiu specjalisty Dariusza Niedzielskiego. Tu drużyna uroczych lekarek przeprowadziła u Zosi dogłębną diagnostykę. Zapalenie spowodowało u Zosieńki ogromną leukocytozę 50 tysięcy! Lekarze za głowę się chwycili. Dr Luiza Trzuszczak mówiła, ze spotkała się z przypadkiem, kiedy psina miała 60 tys. I to był rekord. Podano Zosieńce dożylnie steryd, lek p/zapalny i dwa antybiotyki. Tego dnia stan poprawił się. Miałam taką radość i nadzieję, że najgorsze już za nami. 

Kolejne dni przyniosły pogorszenie. Zosia kaszlała, dusiła się. Leki szły, codziennie. Miała chwile lepszego samopoczucia, ale coraz rzadziej.  2 stycznia o godzinie 18.00 W klinice przy Komandorskiej stanęło nad Zosieńką gremium wybitnych lekarzy różnych specjalizacji. Padła jakaś wstępna diagnoza. Rtg, usg, analizy krwi… Leukocytów –71 tysięcy!!! Potem długo lekarze dyskutowali, by potwierdzić swoje podejrzenia.  U Zosieńki w przeponie lekarze znaleźli przepuklinę. W jej wyniku zawartość jamy brzusznej przedostawała się do klatki piersiowej. Tu, jak wiadomo jest miejsce dla płuc i jelita napierające na nie zmniejszyły ich powierzchnię oddechową. Niewydolność oddechowa to najogólniej mówiąc niedotlenienie wszystkich organów. W stanie niewydolności oddechowej powiększa się serce… i… wszystko się sypie.
Doktor Niedzielski nawet podjąłby się fizycznie takiego rzemieślniczego wyzwania i zaszyłby tę ‘dziurkę’, a przecież to niemal mikrochirurgia w takiej kilogramowej Zosi. Ale anestezjolog nie widział szansy, by choćby spremedykować, a cóż dopiero znieczulić ogólnie organizm z takimi parametrami. Na Zosieńkę właściwie nie działał żaden antybiotyk. Leukocytoza wzrastała.

O dramatycznej chwili podjęcia przez nas decyzji nie chcę pisać…Mało zresztą pamiętam. Spojrzałam ostatni raz na jej diamentowe ufne oczy. Ten widok pozostanie w mojej głowie na zawsze. Patrzyła na mnie, bo zawsze u mnie było bezpiecznie. Szukała we mnie ratunku i ja ją zawiodłam…Oddałam na śmierć…Wsiedliśmy z mężem do auta… Nie ruszyliśmy z parkingu… Oboje długo płakaliśmy…I nie było dla nas pocieszeniem, że nasza Zosieńka jest szczęśliwa za Tęczowym Mostem. Była taka cudowna i kochana.

19 stycznia 2012

 Widziałam to kiedyś w filmie… …

…piękny Anioł przyprowadził małemu chłopcu we śnie szczeniaka. Bo on wcześniej zaginął małemu i chłopiec z żalu przestał mówić. Ale to był film, …ale to był Anioł. A poza tym ja nie jestem małym chłopcem i do mnie nie przychodzi we śnie nikt prócz męża, ale do anioła ni jak nie jest podobny.

I moja Zosieńka tez nie odwiedziła mnie wcale poza jawą, od kiedy jej nie mam….Pewnie nie znalazła drogi. Mały brzdąc przecież jeszcze. Albo może przewodnik zawalił…? Więc wolałam myśleć, ze za Tęczowym Mostem Psia Siła Wyższa powierzyła Zosieńce jakiś nadzwyczajny cel, misję. I, że ona tam jest niezbędna. Ale nie specjalnie pomagało…

Po chwilach rozpaczy przyszedł czas przygnębiającej bolesnej tęsknoty. Ciągnący się w nieskończoność, jak pruta peleryna Ziemi. Ostatnie ‘ślady’ Zosi likwidowałam w poczuciu winy. A mąż uznał, ze jednak nie spali w kominku jej książeczki zdrowia. Odruch tęsknoty –pomyślałam, czy raczej bezwiedny już nawyk klamociarstwa?

Rankiem schowałam Edka za pazuchę, bo cherlał jeszcze od tej Zosinej infekcji. A trzeba pójść do kolejnej kontroli w ten ziąb styczniowy. Burknęłam zła, bo tę książeczkę zobaczyłam:‘Nie chcę pamiątek!’.

Tradycyjnie już, gdy wchodziłam do lecznicy spłynęły mi po twarzy łzy i poczułam znajomy uścisk gardła. Za TAMTYMI drzwiami błysnęły znów diamentową łzą oczka mojej Zosieńki. Ona już na zawsze tam zostanie. Z tym mokrym spojrzeniem. Taka sama, bidulka, oddana na śmierć. Zza TAMTYCH drzwi czuję wciąż jeszcze lepki zapach cierpienia mojej Zosieńki. Edek też już poczuł swym psim nosem, że tu może nie być fajowo. Dopóki przychodził potowarzyszyć Zosi to luzik. Dziś skoczył mi w ramiona wprost ze stołu zabiegowego i zawieszony, jak małpiatka drżał całym sobą, niczym wibrator ze świeżym akumulatorem. Skąd miał mieć pewność, że dzisiaj dla odmiany pańcia jego nie zostawi za TAMTYMI drzwiami…
A takie fajniutkie te dziewczynki lekarki tam są. Cieszę się, że je mam i wiem już na pewno, ze moje stadko nie będzie się badało, chorowało i leczyło nigdzie indziej. Nawet mimo tego, że te Zosine diamentowe spojrzenie zawisło właśnie w tej klinice na zawsze.
Nie jest źle z Edkiem, więc wizyta: ‘krótka piłka’. Chwyciłam za bary płaszcz, gdy doktor Luiza z powagą zaprosiła mnie jeszcze raz na krzesło. Pikawa huknęła  w piersi wartościami zawałowymi i znów TEN uścisk w gardle. O… Nie, nie! Drugi raz nie dam rady….Idę razem z Edkiem za most, jakby, co…!!!Ale tu nie o Edwarda szło. Przestraszyłam się na dobre, bo i Luiza nabrała oczu jak żaba. Twarz jej zaczerwieniła się i choć mało ją znam wyczułam, że też się boi.

- Muszę się pani do czegoś przyznać, pani Małgosiu- walnęła skruchę młoda dr Luiza.‘Nie jest dobrze’- buchnęło mi pod potylicą. Absolutny zastój funkcji myślenia, tabula rasa,  przez głowę mi nie przeszło, co mogę za chwilę usłyszeć.

- Myśmy się trochę porządzili i …….Nie uśpiliśmy Zosi …zdecydowaliśmy, że ją otworzymy. Szef nie jest prędki na ostateczność i zadecydował…- ciągnęła dr Luiza, a ja czułam, że moją głową uchodzi ze mnie chmura skotłowanych pytań.

Oczywiście milczałam w bezdechu, bo nie tylko myśli zamotały się w staroświeckie supełki, ale i gardło wyschło, jak po pijackiej trzydniówce. Dalej pamiętam już tylko kocioł myśli w głowie. Jakieś kolorowe wizje Zosieńki w moich ramionach.……Żywej Zosieńki…  Nie może być!!… Zmartwychwstałej…?! Co tu jest grane, jasna dupa?! Dzysas, mnie się to wszystko chyba jednak śni. Teraz eksplodowałam lawiną pytań, by szybko dotrzeć do tego najważniejszego.

- Czyżby ona tu była…? Moja Zosieńka???

I tu, gdzie błysnęło diamentem ostatnie jej spojrzenie stanęła, jak dobry anioł doktor Karolina, a w jej opiekuńczych ramionach iskrzyła nasza Zosiula. Ta sama nasza Zosiula! Naprawdę ona! Łepek zaświecił jej platyną włosków i wydała się nieco doroślejsza od tamtej sprzed trzech tygodni. Nawet gdyby, kto zwątpił, wówczas, czy to, aby na pewno Zosia, nie dowierzając w martwych jej powstanie, to już w moich ramionach będąc przekonałaby każdego.  Rozpoczęła swoje Zosine lizanko po uszach i szyi, ciamkanie i …nawijka jakaś po psiemu do mojego ucha.  Chyba w celu się pożalenia. Chociażby na wyrodną pańcie, co ją niby w ręce Boga oddała, by ulżyć w cierpieniu, a później wymyśliła do tę misję jakąś, cel. Pff.

Chwała wszystkim bóstwom, allahom, buddom i bogom, że ręce doktor Luizy i reszty ekipy były dłuższe od boskich i przechwyciły Zosieńkę, by ją zawrócić na drogę do żywych.

Teraz nastąpiła w tym Wielkim Dniu chwila na info stricte medyczne i szczegóły okoliczności podjęcia decyzji o operowaniu Zosi.  Szanse były zerowe i trzeba rzecz nazwać po imieniu: to był eksperyment. Dr Luiza dojrzała z pewnością w diamentowym błysku Zosinego ślipka niezwykłą wolę życia.  Czułam że Ona była szyją do tej tęgiej Niedzielskiej głowy. Największym problemem okazała się wątroba, której część wpakowała się przez przepuklinę w przeponie na płuca. Nie doszło szczęśliwie do uszkodzenia worka osierdziowego. O całej tej misternej sztuce i kunszcie, co daje doktorowi Niedzielskiemu swobodę i pewność poruszania skalpelem wewnątrz kilogramowego ciałka, by poprawić to, co naturze nie wyszło powinno się śpiewać ody i hymny chwalebne. Ale, jakże marne mogłyby się stać te zawodzenia w obliczu merdającego ogonka Zosinego, gdy wreszcie zeszła na Ziemię z przestrzeni narkotycznych. Od tego momentu było już tylko lepiej. Małymi łyżeczkami, ale do przodu.

Cały personel kliniki pokochał moją panienkę za jej siłę walki i chęć życia. W krótkim czasie stała się pupilką ‘zakładową’. Trzeba by może pomyśleć o proporcach z pycholem Zosinym dla wszystkich jej fanów z komandorskiej weterynarii. Albo, choć zamówić jakąś sesję fotograficzną z gwiazdą, tą Małą Siłaczka…Wielką Wygraną. Podobno ona tez pokochała wszystkich bez wyjątków. Nie dziwota, że w każdej dumnej, weterynaryjnej piersi ‘wrocławsko-komandorskiej ‘ dziś panoszy się ta mała kruszyna. Oni tam stoczyli rundę o Zosiną duszyczkę i wyrwali aniołka spod kosy śmierci. I dopiero, kiedy była już pewność, że Zosia zostaje wśród żywych postanowili mi o tym powiedzieć.

Czym zasłużyłam sobie, że wszystkim wokół nie, a mnie dane było dotknąć cudu…?

Ile dziś w naszym życiu znaczy Zosieńka…?

Czy ktoś potrafiłby to ogarnąć…?

Ja absolutnie nie.

Moja panienka Zosieńka2

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.